Zakopane za 500 zł – podsumowanie.

Rzeczywiste koszty

W poprzednim wpisie przedstawiłam większość poniesionych wydatków. Dotyczyły one głównie wyżywienia i poruszania się po Zakopanem (292 zł). Nie uwzględniłam w nich kosztów noclegu(180zł) i dojazdu na miejsce (45 zł w obie strony). Koszty zamknęły się zatem w sumie niewiele przekraczającej mój założony budżet (517 zł). Co zatem mogłam zrobić inaczej?

Zbędne wydatki

Żeby zamknąć się w kwocie 500 zł wystarczyło było nie zjeżdżać kolejką z Kasprowego Wierchu (55zł).
Jednak nie bez przyczyny był to pierwszy punkt wycieczki. Zakładałam bowiem, że po nocnej podróży i minimalnym odpoczynku, spadek energii jest kwestią czasu. W pewnym sensie byłam na to przygotowana. Miałam dodatkowy zapas gotówki, ponieważ nie brałam z domu karty płatniczej – przezorny zawsze ubezpieczony.

Kolejnym zbędnym wydatkiem były śniadania w schroniskach. Nie były to wielkie kwoty (w granicach 10 zł dziennie), jednak gdyby tak wstać codziennie pół godziny wcześniej i samodzielnie przygotować parówki czy jajecznicę z 3 jaj, to zamknęłabym się w kwocie 3 zł za poranny posiłek. Pobudka o 5:00 rano podczas urlopu to i tak przegięcie pały. Musiałabym upaść na głowę, żeby wstawać w wolny dzień o 4:30.

Dodatkowo, mogłam za każdym razem szukać punktu gastronomicznego z zestawem dnia i zamiast 35 zł w Obrochtówce (bo tyle zapłaciłam za dwudaniowy obiad pierwszego dnia), zapłacić 15zł w barze na dworcu. Mogłam, ale nie byłam w stanie odmówić sobie Obrochtówkowej czosnkowej. Wolałabym chyba pójść z Zakopanego do Chochołowa na piechotę, niż nie zjeść tej zupy.

Mogłabym również nie kupować mapy i liczyć na to, że się nie przyda (owszem, nie była tym razem wybitnie pomocna, ale to jednorazowy wydatek i inwestycja na przyszłość. Może kiedyś wykażę się talentem do zbłądzenia na szlaku).

Wnioski

Gdybym lepiej pokombinowała i szła na ustępstwa sama ze sobą, pokonując lenistwo i ból nóg po wielogodzinnym marszu pod górę, to sądzę, że byłabym w stanie wydać znacznie mniej. Przydałoby się jeszcze trochę poznańskiej krwi.
Jednak bywały momenty, w których zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać i jednak trochę sobie dogodzić jeśli o jedzenie chodzi. A niestety jeść uwielbiam. Nadmierne oszczędzanie nigdy nie było moją mocną stroną. Ubolewam nad tym od czasu do czasu. Najbardziej pod koniec miesiąca.

Co dalej?

Już teraz planuję następny wyjazd pod Giewont. Wiadomo, że im wcześniej tym taniej. Myślę o połowie czerwca lub ostatnim tygodniu sierpnia. Tym razem z rodziną. Tu trudno szacować wydatki, ale z chęcią to ja poproszę was teraz o radę. Być może komuś udało się znaleźć nocleg dla 3 osób zamykający się w 100 zł za dobę za tydzień pobytu (za wszystkich 😉 ). Jeśli tak, to z chęcią dowiem się gdzie nocowaliście. W grę wchodzi Zakopane, ewentualnie Kościelisko.

Mam do zrealizowania jeszcze jeden cel i postanowiłam, że będzie moim prezentem na 30 urodziny. Z całego serca chciałabym wejść na Rysy od Polskiej strony i nie powiększyć śmiertelnych statystyk tego szczytu.

2 komentarze

  1. Lila

    Wrzesień 26, 2017 at 8:35 am

    Piszesz, że mogłabyś jeść w barze na dworcu (pewnie chodzi o FIS). Nie wiem ile razy tam jadałaś. Ale ja w Zakopcu bywam często (tak nawet 5 razy w roku,choć czasem omijam miasto szerokim łukiem i na jeden dzień jadę w góry) to jednak nie polecam owego baru. Ile razy tam byliśmy tyle razy hm albo zimne jedzenie, albo niedobre, albo coś dziwnie bulgotało nam w brzuchach. A i zdarzyły się biegunki. No nie chcę robić złej reklamy, ale czasem warto dołożyć parę groszy i iść coś zjeść w innym miejscu. Nie wiem jak inni.. No może tylko my mamy takiego pecha co do tego baru.

    1. Matka Gastronomiczna

      Wrzesień 26, 2017 at 9:57 am

      W relacji z Zakopanego wspomniałam o barze fis. Moje doświadczenia są takie, ze w dwóch zamówionych potrawach dominowała maggie. To niczego dobrego nie zwiastuje. Na szczęście biegunki nie było 😀

Leave a Reply