Zakopane za 500 zł – relacja.

Zakopane 500 – dzień po dniu

Totalnie wyłączyłam głowę na urlopie. Do tego stopnia, że ciężko mi teraz włączyć ponownie myślenie. Od dwóch dni walczę sama ze sobą, żeby trochę jednak postukać w klawisze. Nigdy nie udało mi się tak skutecznie zresetować.

CZWARTEK

Zakopane po kilku dniach załamania pogody (ze śniegiem włącznie) przywitało nas pięknym, bezchmurnym niebem. Euforia spowodowana słoneczną aurą zmobilizowała nas by w pierwszy dzień nie tracić czasu. Szybkie zakupy w Tesco (2 x pasztet, 2x paprykarz szczeciński, chleb, 2x czekolada i energetyk = 22 zł – tzn 11 zł od osoby) Szybkie przepakowanie plecaka i bus do Kuźnic (3 zł od osoby) .Przed 8:00 rano byłyśmy już w drodze na Kasprowy Wierch (wstęp do TPN 5 zł).

Po kilkuset metrach byłam pewna, że Kasia zepchnie mnie w najbliższą przepaść za to co jej zrobiłam (nie ostatni raz tego dnia). Ponieważ była to jej pierwsza styczność z Tatrami nie miała kompletnie wyobrażenia o tym co ją czeka. Była milcząca do samej Hali Gąsienicowej. Widoki, które funduje to miejsce zabrały jej część zmęczenia i rozwiązały język. Pojawił się uśmiech, a mnie spadł kamień z serca.  Było tak, jak przewidywałam. Zawsze urocza Gąsienicowa skradła Kaśce serce!
Chociaż na szczyt została nam jeszcze godzina drogi szło się naprawdę dobrze.


Na górę doszłyśmy ok 11:30 czyli w planowanym czasie 3,5 godziny. Przywitała nas temperatura na poziomie +1 stopnia, ale odczuwalna musiała być niższa gdyż kostniały mi dłonie. Czułyśmy się przeszurane i nie miałyśmy siły zejść w dół. Wybrałyśmy zjazd kolejką (55 zł osoba – nie wiem dlaczego tak tanio. W zeszłym roku już poza sezonem płaciłam za 3 osoby prawie 200 zł. Na wszelki wypadek nie dopytywałam). Na dolnej stacji byłyśmy w okolicach 12:00, zatem miałyśmy przed sobą jeszcze cały dzień.
Busem z Kuźnic (ponownie 3 zł) podjechałyśmy na Zamoyskiego, by mieć bliżej do Obrochtówki na Koraszewskiego. Tam nad pyszną zupa czosnkową (10 zł) i schabowym z pieczonymi ziemniakami w zestawie z zasmażaną kapustą (25 zł) regenerowałyśmy siły. Porcje były tak ogromne, że część drugiego dania zapakowałyśmy na kolację.
Jeszcze przed 13:00 ruszyłyśmy w stronę Gubałówki. Podczas wchodzenia Kasi znowu zrzedła mina i miałam szczęście, że szłam daleko z przodu, bo tym razem pewnie oberwałabym kijem. Sytuację rozładował kawałek prostej drogi i siedzący nieopodal niej lis, który niestety zupełnie nie czuł do nas strachu.
Po niespełna godzinnym marszu byłyśmy na szczycie. Przed nami ponad kilometrowy spacer, bo postanowiłyśmy ewakuować się na dół wyciągiem krzesełkowym z Butorowego Wierchu (12 zł). Pod Halą Szymoszkową złapałyśmy busa do centrum (3 zł) i o 18:30 totalnie bez sił leżałyśmy już wykąpane w łóżkach. Kolejnego dnia planowałyśmy długi marsz przez Czerwone Wierchy.
Wydatki 127zł


PIĄTEK

Z Czerwonych Wierchów nici. Wstałyśmy dopiero po 7:00. Jak się okazało nie tak szybka kawa sprawiła, że na dworcu autobusowym byłyśmy dopiero około 8:30. Ponieważ nie zjadłyśmy śniadania postanowiłyśmy nadrobić posiłek w barze FIS. Zamówiłam pierogi ruskie (13,50), a Kasia postawiła na zapiekankę (6zł). W oczekiwaniu na danie skoczyłam do sklepu uzupełnić zapas wody i słodyczy (5 zł). Moja opinia? Kucharz w FISie uwielbia maggie!
O 9:15 siedziałyśmy w busie, który wiózł nas do wlotu Doliny Chochołowskiej (7 zł bus i 5 zł wejście do TPN). Ponieważ po regeneracji w schronisku planowałyśmy przedostać się przez Przełęcz Iwaniacką do Doliny Kościeliskiej postanowiłam zakupić mapę. Nie pokonywałam jeszcze tej trasy, a kilka razy widziałam już zepsute drogowskazy. Co tu dużo mówić – lepiej mieć (15 zł). Dolina tego dnia była niemal pusta. Nawet w schronisku nie było wiele ludzi. Cały rok czekałam na ten moment, bo uważam, że schronisko jest bezkonkurencyjne jeśli chodzi o szarlotkę. Podana z bitą śmietaną i jagodami figuruje w jadłospisie jako deser chochołowski (9zł).

W związku z naszym późnym rozpoczęciem dnia czas płynął szybko. Dopiero około 12:30 stawiłyśmy się przy drogowskazie na Iwaniacką. Trasa mało uczęszczana zatem, żeby nie wpaść na niedźwiedzia co jakiś czas wysyłałyśmy sygnały ostrzegawcze wołając „Hej misiu! Idziemy! Uciekaj!”. Większość trasy prowadziło stromo pod górę. Nielicznie napotkani ludzie widząc nasze dyszenie bez ogródek mówili, że jeszcze daleko. Niestety nie pogrywali z nami. Naprawdę było daleko! Przy zejściu w dół spotkałyśmy dwie kobiety idące na Ornak. Serdecznie namawiały nas do odwiedzenia Wąwozu Kraków. Od rana miałyśmy to w planach, ale ich szczera zachęta sprawiła, że przyspieszyłyśmy kroku. Musiało wystarczyć nam czasu! W okolicach 14:20 naszym stęsknionym równej drogi oczom, ukazało się schronisko na Ornaku. Nie rozsiadałyśmy się. W planach był Smerczyński Staw. Tu zrobiłyśmy sobie przerwę na posiłek regeneracyjny i otworzyłyśmy pierwszy z dwóch kupionych dzień wcześniej paprykarzy (może otworzyłybyśmy i drugi, ale Kasia urwała ten gadżet od konserwy).

W okolicach 15:30 byłyśmy ponownie nieopodal schroniska na Ornaku skąd ruszyłyśmy w stronę parkingu w Kirach. Godzinę później miałyśmy chwilę zawahania, ale ostatecznie zdecydowałyśmy się jeszcze na Wąwóz. To była wspaniała decyzja!

Przy drabinkach spotkałyśmy parę młodych ludzi i starsze małżeństwo. O tej godzinie nie było w tej okolicy już nikogo więcej. Chwila namysłu całej naszej szóstki przed wejściem na drabinkę, bo szlak był jednokierunkowy i w momencie pokonania pierwszego łańcucha u góry nie było już odwrotu. Zdecydowaliśmy się iść. Na górze mieliśmy dwie opcje. Pierwsza prowadziła przez Smoczą Jaskinię, a druga pozwalała obejść ją po zabezpieczeniach dookoła. Razem z parą młodych ludzi postanowiliśmy wybrać pierwszą opcję. Starsze małżeństwo poszło bokiem. Ponieważ w jaskini panowała ciemność musiałam uzbroić głowę w czołówkę. Mieliśmy jedną na cztery osoby zatem decyzją większości poszłam pierwsza i co łańcuch obracałam się do towarzystwa oświetlając im drogę. To była moja pierwsza styczność z zabezpieczeniami i przy pierwszym łańcuchu w jaskini motałam się jak prawdziwy laik. Koleżanka podtrzymywała mi dupę, bo zupełnie nic by z tego nie było. Sytuacja stała się uciechą dla całej grupy. Kiedy już wszyscy nabierali apetytu na więcej okazało się, że to bardzo krótka wycieczka i za jedynym zakrętem czekało na nas światło słoneczne. Przejście trasy zajęło nam tyle samo czasu ile starszemu małżeństwu obejście jaskini dookoła. Łańcuchy sprawiły nam tyle frajdy, że zaczęłyśmy myśleć o wycieczce na Giewont. W okolicach godziny 18:00 byłyśmy już w Kirach i busem dostałyśmy się na Zakopiański dworzec (6zł). Czekało nas jeszcze 1,5 km marszu do pensjonatu na Antałówce. Po drodze znowu Obrochtówka i tym razem szybki żurek za 12 zł.
Zanim się ogarnęłyśmy wybiła 21:30. Nastawiłyśmy budzik na 5:00 rano i zgasiłyśmy światło.
Koszt dnia 60zł 50gr.

SOBOTA

Wstałyśmy na rozkaz budzika chwilę po 5:00. Parę minut po 6:00 siedziałyśmy już w busie do Palenicy Białczańskiej(10zł). Z Zakopanego to kawał drogi dlatego na teren TPN (5zł) weszłyśmy po 7:00. Żwawy marsz sławnym asfaltem trwał aż do Wodogrzmotów Mickiewicza. Tam zeszłyśmy ze szlaku i udałyśmy się do schroniska w Roztoce na pierwsze śniadanie. Rozgrzałyśmy żołądki jajecznicą z 3 jaj i chrupiącymi bułeczkami (7zł). Ludzi było jak na lekarstwo i panowała bardzo kameralna, przyjazna atmosfera. Jak codziennie rano wykonałam telefon do domu z informacją gdzie idę i kiedy wracam:
– Mamo, a gdzie teraz jesteś? – Pyta Hania.
– W schronisku.
– A dla psów czy kotów?

W okolicach 8:30 znowu stałyśmy przy Wodogrzmotach by chwilę później wejść na zielony szlak do Doliny Pięciu Stawów Polskich, prowadzący przez Dolinę Roztoki. Tego dnia bardzo dużo ludzi postanowiło obrać ten kierunek i było naprawdę tłoczno. Postanowiłyśmy przejść do piątki przez Siklawę. Po wyjściu z lasu nieustannie towarzyszył nam silny wiatr potęgujący odczucie zimna. Wiało tak intensywnie, że co jakiś czas musiałyśmy przystawać, żeby oprzeć się podmuchom i nie przewrócić się. Po wyczerpującym podejściu i ominięciu wodospadu, w którym bez większych oporów kąpało się tego dnia dwóch „śmiałków”, naszym oczom ukazał się Wielki Staw Polski.

W uroczej scenerii i przy naprawdę silnym wietrze udało nam się dotrzeć do schroniska pełnego po brzegi turystów. Kolejka do bufetu ciągnęła się zygzakiem przez całą jadalnię, a wszystkie miejsca przy stole były zajęte co do centymetra. Udało nam się zająć ławkę po ludziach, którzy właśnie skończyli posiłek. Dziewczyny z kuchni naprawdę miały ręce pełne roboty. Mimo tego, że wybiło dopiero południe to właśnie w „piątce” zdecydowałyśmy się zjeść obiad. Siły miałyśmy nabrać po ziemniakach i schabowym wielkości niemal całego talerza oraz zestawie surówek (20,50zł).

 

Godzina minęła błyskawicznie i trzeba było ruszyć dalej. Ze względu na widoki postanowiłyśmy wybrać niebieski szlak prowadzący przez Świstową Czubę do Morskiego Oka. Wejście było długie, ale ze względu na widoki zdecydowanie warte wysiłku.

Dużo gorsze dla moich kolan było zejście od momentu, kiedy na horyzoncie pojawiła się panorama na Morskie Oko i położony nieco wyżej Czarny Staw pod Rysami. Kamienie były tak wysokie, że z niektórych musiałam zjeżdżać na tyłku. Byłam wykończona długością zejścia, jednak w parę sekund zmobilizowałam siły przed przejściem Żlebem Żandarmerii. Zaraz potem ponownie uszło ze mnie życie i chociaż Morskie Oko wydawało się być na wyciągnięcie dłoni, w dalszym ciągu próżno było czekać ulgi dla moich kolan – asfaltu.

W okolicach 15:00 wreszcie stanęłyśmy stopą na równej drodze. Wokół schroniska dzikie tłumy. Postanowiłyśmy uśmiechnąć się o wrzątek na herbatę i nad brzegiem stawu usiadłyśmy na kamieniu dając odpocząć nogom i kręgosłupom.

Niewielka regeneracja na nic się zdała, bo tak długo wyczekiwany asfalt po dwóch kilometrach stał się nowym utrapieniem. Prawie 8 kilometrów pokonywałyśmy w milczeniu ostatkiem sił. Dosłownie zapadłam się zajmując miejsce w busie (10zł). Po 18:00 wysiadłyśmy na rondzie w Kuźnicach i włócząc nogami powoli wdrapywałyśmy się na Antałówkę. Nie mając sił na stawienie się w jakiejkolwiek jadłodajni zamówiłyśmy pizzę na dowóz w Adamo (13zł osoba).
Tego wieczoru mimo ogromnego zmęczenia długo nie mogłyśmy zasnąć. Jeszcze rano chciałyśmy rozpocząć niedzielę o 5 rano, ale wieczorem zrezygnowałyśmy z pomysłu i postawiłyśmy na biologiczny budzik.
Koszt dnia  65,50zł.

NIEDZIELA

Zregenerowane na pół gwizdka wstałyśmy po 7:00. Na śniadanie dojadłyśmy pizzę z poprzedniego wieczora. Mimo, że zimna, dalej smakowała wyśmienicie. Udało nam się zabrać samochodem na Kuźnickie rondo razem z panią Ulą – rewelacyjną gospodynią willi Orion, w której stacjonowałyśmy cały wyjazd. Z ronda postanowiłyśmy pójść pieszo pod stację kolejki na Kasprowy Wierch. Niestety pomyliłyśmy drogi i zanim się połapałyśmy już stałyśmy pod Wielką Krokwią. W drodze powrotnej mijałyśmy busiarzy, którzy ochoczo oferowali nam transport. Dumnie odmówiłyśmy twierdząc, że to przecież rzut kamieniem. Co prawda tylko przez kolejne 50 metrów wytrwałyśmy w słuszności tej decyzji, a potem popatrzyłam na zegarek i wspólnie z Kasią zawróciłyśmy postanawiając jednak skorzystać z propozycji (3zł). Stałyśmy się tym samym obiektem żartów zakopiańskich przewoźników, jednak podchodząc do sytuacji z uśmiechem długo nie stanowiłyśmy obiektu drwin. Nawet nam sytuacja sprawiła wiele radości.
Po 8:00 ruszyłyśmy niebieskim szlakiem na Halę Kondratową (5zł). Wybrałyśmy lewą odnogę szlaku omijając tym samym hotel na Kalatówkach. W granicach 9:30 zamówiłam dwie parówki (7zł) bez pieczywa, uznając tym samym schronisko na Kondratowej za jedno z droższych po Polskiej stronie Tatr.  Przed 10:00 zaczęłyśmy dyskusję o dalszej wyprawie na Giewont. Kasia kategorycznie odmówiła ze względu na zmęczenie. Ja bijąc się z myślami postanowiłam jednak ruszyć dalej.

Zostawiając towarzyszkę w bezpiecznym miejscu, pierwszy raz zupełnie sama ruszyłam niebieskim szlakiem w górę. Obawiając się niedźwiedzi, które pod Giewontem żerują bardzo chętnie, ruszyłam ile sił. Chociaż drogowskaz pod schroniskiem informował mnie, że czeka mnie ponad dwugodzinna wspinaczka, okazało się, że nijak ma się to do rzeczywistości. Strach przed niedźwiedziem wyzwolił mi taką adrenalinę, że po 40 minutach dotykałam pierwszego łańcucha. Po kolejnych 20 minutach siedziałam już wygodnie pod samym krzyżem.

To dla mnie najlepsza wyprawa z całego wyjazdu, bo nie dość, że okazało się, że moja kondycja jest niczego sobie, to jeszcze pewnym krokiem pokonałam eksponowany odcinek z łańcuchami usytuowany prawie 1900 m n.p.m.
Na brodzie rycerza nie siedziałam jednak długo. Porywisty wiatr targał nami przeraźliwie zatem szybko zdecydowałam się na zejście. Na łańcuchach w dół tworzył się zator. Jakby atrakcji było mało z głowy zwiało mi czapkę. Na szczęście wpadła w szczelinę i udało mi się ją złapać. Nie chciałabym pokonywać powrotnej trasy bez nakrycia głowy, a przy takim wietrze kaptur to zdecydowanie za mało. Z resztą nie miał najmniejszej szansy utrzymać się na miejscu. Trasa góra – dół zajęła mi 2,5 godziny. Nie mogłam wyjść z podziwu co świadomość bliskości niedźwiedzia może zrobić z człowiekiem. Do tego rozpierała mnie duma, bo to pierwsza samotna, Tatrzańska wyprawa. Krótka, bo krótka, ale jednak pozbawiona towarzystwa.
Przekonało mnie do planowania na przyszły rok samodzielnych wypraw w Tatry.

Zgodnie z umową odebrałam Kasię ze schroniska na Kondratowej i ponownie ruszyłyśmy niebieskim szlakiem w kierunku Kuźnic. Tym razem wybrałyśmy trasę przez hotel Kalatówki.

W Zakopanem byłyśmy w przed 15:00. Ponownie wysiadłyśmy na Zamoyskiego. Swoje kroki skierowałyśmy do Regionalnego Baru Mlecznego. Zamówiłam pierogi z mięsem (16zł). Następnie udałyśmy się na Antałówkę. Pozbyłyśmy się w pokoju górskiego ekwipunku i ruszyłyśmy na Krupówki. Wyjście do centrum zmęczyło mnie bardziej niż samo wejście na Giewont. Tłumy głośnych turystów, płaczące dzieci i nadmiar bodźców spowodowały u mnie kompletny spadek energii. Sytuacji nie zmienił nawet zakupione na pocieszenie gofry (4zł). Kupiłyśmy jeszcze tylko parę bułek (4zł) i ponownie włócząc nogami wdrapałyśmy się na Antałówkę i zajęłyśmy się pakowaniem walizek. O 6:00 rano odjeżdżał nasz bus.
Koszt dnia 39 zł

 

PONIEDZIAŁEK

To już koniec Tatrzańskiej przygody. Przywiozłyśmy sobie pogodę na urlop i okazało się, że to słońce zabieramy z sobą do domu.
Na wnioski (również finansowe) zapraszam was pod koniec tego tygodnia. Sądzę, że uda mi się coś skrobnąć najpóźniej w sobotę.
Jest na co czekać bo mam ich sporo! Żebyście nie musieli liczyć to koszt przeżycia w Zakopanem przez te dni to 292 zł z czego nie wszystkie wydatki były konieczne. I właśnie o tym w następnym wpisie.

7 komentarzy

  1. Sebastian

    Wrzesień 13, 2017 at 1:25 pm

    Serio jajecznica w Roztoce tylko 7 zł ? 🙂
    A koszt noclegu wliczasz , bo nie widzę ?

    1. Matka Gastronomiczna

      Wrzesień 13, 2017 at 1:56 pm

      Z jajecznicą serio, serio!
      Koszt noclegu 180 zł, ale wszystko dokładnie podliczę w następnym wpisie :).

  2. Kasia

    Wrzesień 13, 2017 at 8:16 pm

    Dokładnie tak było.Ja osobiście jestem zdumiona cenami jedzenia w Zakopanem.(Super niskie jak na miasto turystyczne w Polsce). Wszyscy tak straszą wydatkami w Zakopcu, ale jest tak jak powiedziała mi Ania „Wszystko zależy od tego po co się do tego Zakopanego jedzie.Czy w góry, czy na Krupówki.” Ogólnie, wrażenia na plus, jedzonko na plus, ceny na plus.Jestem zadowolona.

  3. Gosia

    Wrzesień 23, 2017 at 5:26 am

    Teraz wiem już no pewno, że z Toba wszędzie ale nie w góry 🙂 Umarłabym chyba już w pierwszym dniu 🙂

  4. Lila

    Wrzesień 26, 2017 at 8:24 am

    Super opisałaś wyjazd. Jeszcze raz dokładniej musze go przeczytać jak mój malec pójdzie spać 🙂
    Chciałam jeszcze dodać, że tanie i duże obiady można zjeść niedaleko Tesco. Na ul. Gimnazjalnej w budynku ZUSu. Wydaje mi się, że w zeszłym roku płaciliśmy 14 zł na zupkę i drugie danie i kompot. Porcje były tak duże, że zupę braliśmy na nocleg na kolację, a drugie danie jedliśmy na miejscu. Mój chłop 120kg nie mógł zjeść 2 dań i ja w 5 miesiącu ciąży też nie mogłam no to uwierz, że porcje są ogromne.

    1. Matka Gastronomiczna

      Wrzesień 26, 2017 at 9:59 am

      Znam to miejsce wyłącznie ze syszenia, ale to raczej pochlebne opinie. Kiedyś będę musiala sprawdzić 🙂

Leave a Reply